Seniorzy

 

31.10.2026 Gnojnica 13:00
25.10.2026 Czermin 14:00 4:3 
 Jaromir Kłósek  – 6 bramek

Ech, w lepszych humorach powinniśmy wracać z Czermina…

Po przespanym początku derbowego starcia przed tygodniem tym razem wyciągamy wnioski. W Czerminie od pierwszych minut staramy się narzucić rywalom własne warunki gry. Do spotkania przystępujemy bez M. Barana, M. Bielaka oraz P. Charchuta.

Już po kwadransie powinniśmy prowadzić, jednak Oliwier Pociask nie wykorzystuje dogodnej sytuacji. Gospodarze odpowiadają groźnymi stałymi fragmentami gry, a szczególnie niebezpiecznie robi się po jednym z rzutów rożnych. Z minuty na minutę mecz nabiera tempa i oglądamy coraz lepsze widowisko. To jednak my stwarzamy groźniejsze sytuacje i coraz mocniej naciskamy na rywali. Strzał głową Jaromira Kłóska, uderzenie Miłosza Jaska, a następnie dobitka Arka Steca, która niestety nie znajduje drogi do siatki – po tych akcjach bramka dla naszej drużyny wydaje się tylko kwestią czasu. Miejscowi dostają jasny sygnał, że nie przyjechaliśmy do Czermina jedynie statystować i trzeba się z nami liczyć! W 41. minucie przeprowadzamy składną akcję, rozklepujemy defensywę gospodarzy, a Oliwier Pociask lekkim strzałem pokonuje bezradnego bramkarza Victorii! Zasłużone prowadzenie utrzymujemy do przerwy.

Po przerwie znów tracimy koncentrację. Początek drugiej połowy przypomina to, co wydarzyło się w meczu z Lechią. Pierwsza akcja gospodarzy kończy się potężnym strzałem z dystansu, przy którym Benek jest bez szans. Piłka ląduje w siatce, a Victoria doprowadza do wyrównania. Na szczęście ten cios nas nie załamuje. Ruszamy do kolejnych ataków i szybko jesteśmy blisko ponownego objęcia prowadzenia – najpierw trafiamy w poprzeczkę, a chwilę później, po rzucie rożnym, Max Ciebiera skutecznie wykańcza akcję i znów wyprowadza nas na prowadzenie! W 55. minucie prowadzimy 2:1 i wszystko wydaje się zmierzać w dobrym kierunku. Niestety, kolejne dwadzieścia minut należy do gospodarzy. W naszej grze widać chwilowy przestój – brakuje agresji w odbiorze, walki i intensywności, które wcześniej pozwalały nam kontrolować przebieg spotkania. Victoria bezlitośnie to wykorzystuje. W 70. i 72. minucie zdobywa dwie bramki, w krótkim czasie odwracając losy meczu. Nie zamierzamy jednak składać broni! Ponownie ruszamy do walki i w 78. minucie Hubert Dziura doprowadza do wyrównania. Mamy 3:3, a emocje zaczynają się od nowa. Przed nami ostatnie minuty prawdziwej wymiany ciosów. Obie drużyny walczą o pełną pulę i szukają okazji, która może przesądzić o losach spotkania. W 90. minucie na tablicy wyników wciąż widnieje remis, a arbiter dolicza cztery minuty. W doliczonym czasie przeprowadzamy znakomitą akcję i jesteśmy o krok od zadania decydującego ciosu. Niestety, nie udaje się jej wykorzystać. Bramkarz Victorii błyskawicznie uruchamia kontratak, którego nie potrafi zatrzymać żaden z naszych zawodników. Gospodarze wyprowadzają decydujące uderzenie i zdobywają bramkę na wagę zwycięstwa. Punkty zostają w Czerminie, a my wracamy do domu bez zdobyczy.

Przegrywamy mecz, którego przebieg długo układał się po naszej myśli. Szkoda ogromnego wysiłku włożonego w 90 minut walki i tego, że mimo dobrej gry ostatecznie oddajemy punkty rywalom. Pokazujemy, że potrafimy grać solidnie, stwarzać sytuacje i walczyć do samego końca, ale po raz kolejny nie potrafimy postawić kropki nad „i”. To już trzeci taki mecz w tym sezonie. Podobny scenariusz oglądaliśmy w starciu z Piastem oraz podczas wyjazdowego spotkania w Pustkowie. W każdym z tych pojedynków była szansa na lepszy rezultat, jednak ostatecznie czegoś zabrakło.

Nie ma jednak czasu na rozpamiętywanie straconych punktów. Gramy dalej! Trzeba otrząsnąć się po tej porażce, wylizać rany i przygotować na kolejne wyzwanie. A przed nami nie lada zadanie – starcie z liderem z Mielca!  Spróbujmy zakończyć październik, który rozpoczął się dla nas tak dobrze, kolejną zdobyczą punktową. Wiemy, że stać nas na dobrą grę i sprawienie niespodzianki. Teraz trzeba przełożyć to na wynik!

Głowy do góry! Walczymy dalej!


DERBY dla LECHII. INTER przerywa serię zwycięstw !!!

Nic tak nie elektryzuje kibiców jak mecze derbowe! Jeszcze rok temu, a tym bardziej kilka lat wstecz, mało kto przypuszczał, że na ligowe spotkanie do Gnojnicy zawita sędziszowska Lechia. 18 października ten scenariusz stał się rzeczywistością. Naprzeciw siebie stanęły dwie drużyny z zupełnie innymi celami na ten mecz. INTER, który przystępował do rywalizacji z serią czterech zwycięstw, oraz podrażniona Lechia, która w dwóch ostatnich spotkaniach przed własną publicznością musiała uznać wyższość rywali. My nic nie musieliśmy, My mogliśmy. Zainteresowanie derbami było ogromne, co najlepiej potwierdziła frekwencja. Tak licznej publiczności na stadionie w Gnojnicy jeszcze nie było!

Mecz rozpoczął się dla nas najgorzej, jak tylko mógł. Już pierwsza akcja Lechii przyniosła gościom bramkę i ustawiła spotkanie. Rywale szybko nabrali pewności siebie, spychając nas do defensywy. Ich przewaga była wyraźna, a co najgorsze – stwarzane sytuacje potrafili zamieniać na gole. Po 25 minutach, a na tablicy wyników widniało już 0:3. W naszej grze brakowało konsekwencji i organizacji, które jeszcze przed tygodniem pozwalały nam skutecznie neutralizować ataki Kolbuszowianki. Nadzieję na odwrócenie losów spotkania dało przepiękne uderzenie Miłosza Jaska. Ten gol pokazał, że nie wszystko jest jeszcze stracone, a mecz daleki jest od rozstrzygnięcia. Szkoda sytuacji Jaromira Kłóska tuż przed przerwą, kiedy mogliśmy zdobyć bramkę kontaktową i wrócić do gry z dużo lepszej pozycji. Niestety, do szatni schodziliśmy, przegrywając różnicą dwóch goli. Można powiedzieć: tylko dwóch, bo Lechia rozegrała znakomite pierwsze 45 minut i przy większej skuteczności mogła, a nawet powinna, prowadzić jeszcze wyżej.

Drugą połowę ponownie lepiej rozpoczęli goście, ale tym razem bez efektu bramkowego. Z każdą kolejną minutą Lechia traciła impet, a do głosu coraz wyraźniej dochodził INTER. To my przejęliśmy inicjatywę, częściej utrzymywaliśmy się przy piłce i konsekwentnie przenosiliśmy grę pod pole karne rywali. Zespół z Gnojnicy pokazał charakter i wolę walki, próbując odrobić straty. Niestety, mimo coraz lepszej gry zabrakło tego, co w piłce nożnej najważniejsze – bramek. Lechia, choć w drugiej połowie nie była już tak groźna jak przed przerwą, miała po swojej stronie najważniejszy atut – wypracowaną przewagę. Goście skutecznie bronili wyniku i ostatecznie dowieźli zwycięstwo do ostatniego gwizdka. Trzeba przyznać, że za postawę w pierwszej połowie zasłużyli na komplet punktów.

Tym razem derby padają łupem Lechii. Dziękujemy rywalom za mecz rozegrany w duchu fair play, a naszym kibicom za tak liczną obecność na stadionie i stworzenie wyjątkowej atmosfery. Takiego wsparcia nie da się nie docenić! Spotkanie mogło się podobać, a frekwencja pokazała, jak wielkie emocje potrafi wzbudzić piłka nożna w naszej okolicy. Niestety, zwycięzca może być tylko jeden i tym razem była nim Lechia. Determinacja gości, którzy chcieli przerwać swoją niekorzystną serię, była widoczna od pierwszych minut, szczególnie w pierwszej połowie, która w dużej mierze przesądziła o losach meczu. My z kolei kończymy serię czterech zwycięstw, ale nie spuszczamy głów i walczymy dalej! Wiemy, że stać nas na dobrą grę, co udowodniliśmy w ostatnich spotkaniach. Przed nami kolejne wymagające zadanie – wyjazd do Czermina. Choć nasz najbliższy rywal ostatnio przegrał, w poprzednich kolejkach pokazał, że potrafi regularnie punktować. Jedno jest pewne – nie jedziemy tam tylko po to, żeby rozegrać kolejny mecz. Ostatnie występy udowodniły, że również na wyjazdach trzeba się z INTEREM liczyć!


Wielka niespodzianka w Kolbuszowej! Przywozimy trzy punkty!!!

Mało kto wierzył, że po dwóch starciach z zespołami z czołówki tabeli dopiszemy do swojego dorobku komplet sześciu punktów. Po zwycięstwie nad piątą w tabeli Starą Jastrząbką przyszedł czas na wyjazd do trzeciej Kolbuszowianki. Do tego meczu podchodziliśmy z respektem. Znając siłę ofensywną rywali, po cichu liczyliśmy na remis – przynajmniej ja, jadąc na spotkanie. Tymczasem chłopaki sprawili wszystkim psikusa i odnieśli kolejne zwycięstwo! Oby takich niespodzianek było jak najwięcej!

Lepiej w mecz weszli gospodarze, którzy od pierwszych minut zepchnęli nas do defensywy. Nasi zawodnicy, nieco onieśmieleni siłą rywala, początkowo skupili się na obronie. Z biegiem czasu strach jednak minął i rozpoczęła się ambitna walka na całym boisku. Pierwszy sygnał do ataku w naszej drużynie dał Mateusz Baran, którego strzał zdołała jeszcze zablokować obrona gospodarzy. Kilka minut później przeprowadziliśmy kapitalną akcję. Miłosz Bielak wyłożył piłkę jak na tacy Jaromirowi Kłoskowi, a ten otworzył wynik spotkania! Przed przerwą mogliśmy prowadzić jeszcze wyżej. Stworzyliśmy sobie dwie znakomite okazje do podwyższenia rezultatu, ale zabrakło skutecznego wykończenia. Podrażnieni gospodarze również atakowali, szczególnie groźni byli przy stałych fragmentach gry. W tej części spotkania wykonywali sporo rzutów rożnych, jednak nie potrafili zamienić swoich okazji na bramkę. Przy stanie 0:0 nie wykorzystali również prezentu od naszego bramkarza, który poza tą sytuacją spisywał się bardzo dobrze.

Druga połowa rozpoczęła się od szalonych ataków Kolbuszowianki i skutecznej neutralizacji ofensywnych zapędów rywali przez naszą defensywę. Od 58. minuty radość wśród naszych kibiców była jeszcze większa! Hubert Dziura popisał się znakomitym uderzeniem z rzutu wolnego i podwyższył prowadzenie na 2:0! Zdeterminowani gospodarze jeszcze bardziej wzmogli ataki, a nam pozostało odliczać długie minuty do końcowego gwizdka. Na siedem minut przed końcem Kolbuszowianka wreszcie dopięła swego, zdobywając bramkę kontaktową. Zapowiadała się nerwowa końcówka, a motywacja po obu stronach jeszcze wzrosła. My za wszelką cenę chcieliśmy utrzymać korzystny wynik, natomiast rywale, idąc za ciosem, zaczęli mierzyć nawet w pełną pulę. Szczególnie że sędzia doliczył pięć minut… Ale dziś nie z nami takie numery! W doliczonym czasie gry wyprowadziliśmy znakomitą kontrę, którą na drugą bramkę w tym meczu zamienił Jarek! Wydawało się, że nic złego nie może nam się już przydarzyć. Gospodarze raz jeszcze złapali jednak kontakt, zdobywając bramkę na 2:3. Przed nami pozostały jeszcze dwie minuty nerwówki, ale wytrzymaliśmy presję i przetrwaliśmy nawet dodatkową, trzecią minutę! Po dobrym, pełnym emocji meczu to my mogliśmy cieszyć się ze zwycięstwa!

Dziś było widać prawdziwą drużynę! Zaangażowanie, walka o każdą piłkę i ogrom pracy wykonanej na całym boisku z pewnością dadzą o sobie znać jutro. Ale to zmęczenie i zdrowie zostawione na murawie dziś się nie liczą. Kiedy brakowało nam umiejętności, nadrabialiśmy ambicją i mieliśmy po swojej stronie tego dwunastego zawodnika – szczęście. A przecież mówi się, że szczęście sprzyja lepszym!

Przed nami mecz rundy jesiennej. DERBY!!! Do tej pory w wyjątkowych dla nas spotkaniach derbowych mierzyliśmy się z Koroną Góra Ropczycka, Płomieniem Zagorzyce, Piastem Wolica Piaskowa czy Strażakiem Lubzina. Teraz czeka nas coś naprawdę wyjątkowego – derby na poziomie klasy okręgowej z Lechią Sędziszów! Zapowiada się niezwykle ciekawe widowisko. Emocji z pewnością nie zabraknie! To co, przedłużamy zwycięską serię?


SERIO TRWAJ!!!

Po dwóch meczach z kompletem punktów chcemy iść za ciosem i dalej punktować. Przed nami jednak starcia ze ścisłą czołówką. Na pierwszy rzut — mecz w Gnojnicy z zespołem Starej Jastrząbki-Róża. Naszym atutem miał być własny stadion i pełne trybuny.

Początek spotkania to wyrównana, dość szybka i solidna gra z obu stron. Wynik otwiera Martin Oswald i INTER wychodzi na prowadzenie. Radość nie trwa jednak długo, bo kilka minut później mamy remis. Goście idą za ciosem i stwarzają groźniejsze sytuacje. Kiedy wszyscy czekają już na przerwę, mamy zagranie ręką obrońcy gości i rzut karny dla INTER-u. Do jedenastki podchodzi Miłosz Bielak i pewnym strzałem daje nam prowadzenie 2:1 do przerwy.

W drugiej połowie mamy znakomite okazje, aby zamknąć spotkanie. Dwie naprawdę bardzo dobre sytuacje, niestety niewykorzystane. I jak to w piłce bywa — niewykorzystane okazje się mszczą. Po błędzie naszej obrony ponownie mamy remis. Zaczyna zaznaczać się przewaga gości, ale nasi chłopcy nie odpuszczają. Tam, gdzie czasem brakuje umiejętności, wkładają serce do walki, ambicję i ogromne zaangażowanie. Gra robi się coraz bardziej zacięta. Złymi emocjami zaczyna również kipieć ławka rezerwowych Starej Jastrząbki-Róży i arbiter zmuszony jest wyprosić na trybuny kierownika drużyny przyjezdnej. Po chwili naszej niemocy znów wracamy do ataków. Na 15 minut przed końcem spotkania ponownie otrzymujemy rzut karny. Po raz kolejny pewnym egzekutorem okazuje się Miłosz Bielak! Zaczyna się walka na całego. My bronimy prowadzenia, rywale za wszelką cenę próbują doprowadzić do remisu. Swoją sytuację na zamknięcie meczu miał jeszcze Mateusz Baran, ale ostatecznie to my dopinamy swego i dowozimy zwycięstwo do końcowego gwizdka!

Prawdziwa drużyna potrafi przegrywać. Dziś z porażką nie potrafiła się jednak pogodzić Stara Jastrząbka-Róża. Po meczu pojawiło się wiele pretensji, wyzwisk i wulgarnych słów pod adresem trójki sędziowskiej. My takich obrazków na swoim stadionie oglądać nie chcemy. Panowie — trzeba mieć honor. 

My, w przeciwieństwie do rywala, dziś cieszymy się z trzech punktów. Oczywiście, również mamy swoje uwagi do sędziowania, ale trzeba pamiętać, że podobnie jak zawodnicy, także sędziowie na tym poziomie nie są zawodowcami. Dziś jednak najważniejsze jest zwycięstwo! Kolejne trzy punkty zostają w Gnojnicy! Przed nami teraz ciężki wyjazd do Kolbuszowej. Podrażniona porażką z Czerminem Kolbuszowianka z pewnością będzie chciała wrócić na zwycięską ścieżkę. My postaramy się im w tym skutecznie przeszkodzić.


Mamy wyjazdowe zwycięstwo.

Pierwsze zwycięstwo w klasie okręgowej już odnotowane, więc do Czarnej na starcie z Kamieniarzem Golemki jechaliśmy walczyć o pierwsze punkty wyjazdowe. Mecz o „6 punktów”, gdyż Golemki znajdowały się tuż za naszymi plecami. Patrząc na regulamin awansów i spadków w tym sezonie, to właśnie z drużynami z powiatu dębickiego musimy wygrywać.

Wydawało się, że to my lepiej wchodzimy w mecz. Staramy się utrzymywać przy piłce, oddajemy nawet strzały, co dla nas jest pewnego rodzaju nowością. Po kilku minutach jednak to Kamieniarz wychodzi na prowadzenie. Wystarczyła jedna sytuacja i musimy odrabiać straty. W naszych poczynaniach zaczyna panować chaos. Złe podania, brak odbioru, niepotrzebne wzajemne uwagi i ponownie pojawia się brak zdecydowania pod polem karnym gospodarzy. Sygnał do zmiany tego obrazu daje Patryk Charchut, który huknął z dystansu. Piłka odbiła się od poprzeczki i z impetem wpadła za linię bramkową tuż obok słupka. Nie minęło pięć minut, a drugą swoją sytuację na bramkę zamieniają miejscowi. Pierwsza połowa w naszym wykonaniu fatalna. Najlepiej o niej jak najszybciej zapomnieć.

Na drugą połowę wychodzimy z wolą walki i dość szybko udaje nam się doprowadzić do remisu. Najprzytomniej pod bramką rywala zachował się Mateusz Baran i z niczego zdobył bramkę. Brawo, drużyna! Idziemy za ciosem, ale nie potrafimy przechylić szali na swoją stronę. Poprzeczkę atomowym strzałem obija Hubert Dziura. Po drugiej stronie również dużo się dzieje. Golemki groźnie atakują, ale dziś bardzo dobrze na swoim posterunku spisuje się Benedykt Stec, co potwierdza znakomitą obroną rzutu karnego. Powinno być 3:2 dla gospodarzy, a po chwili, po rzucie rożnym, znakomicie głową uderza Jaromir Kłósek i wyprowadza nas na prowadzenie. Chwilę później płaskim strzałem zza pola karnego Miłosz Jasek podwyższa prowadzenie. Mamy dwie kolejne znakomite sytuacje, by zamknąć to spotkanie, jednak „setki” marnują Michał Papiernik oraz Hubert Dziura. W 90. minucie gospodarze łapią kontakt i w doliczonym czasie robi się nerwowo. Trzy minuty mijają jednak bez kolejnych bramek i to my podnosimy punkty z murawy boiska w Czarnej!

Zwycięzców się nie sądzi, więc skupiamy się już na kolejnym spotkaniu. A to już za tydzień — u nas, w Gnojnicy, zmierzymy się z LKS Stara Jastrząbka-Róża. Wyjdźmy i powalczmy o kolejne punkty!


W tym sezonie okręgowego  Pucharu Polski nie zdobędziemy

Po zwycięstwie nad Lechią los skojarzył nas w III rundzie Okręgowego Pucharu Polski Rzeszów-Dębica z rezerwami Stali Rzeszów. Wśród starszych kibiców powróciły sentymentalne wspomnienia sprzed pół wieku, kiedy to po raz pierwszy mierzyliśmy się z tą drużyną. Tamto spotkanie było wielkim wydarzeniem w całej okolicy – skończyło się wynik 7:1 dla Stali, ale honorowe trafienie świętowano wówczas niczym zdobycie Pucharu.

Dziś do Gnojnicy przybyła ekipa na co dzień występująca w IV lidze. Najstarsi zawodnicy w zespole rzeszowian to dwudziestolatkowie (rocznik 2006). Drużyna poukładana, która niemal na nic nie pozwoliła ambitnie walczącym zawodnikom Interu.

Nie udało się zrewanżować za mecz sprzed 50 lat, nie udało się też dzisiaj strzelić bramki. Prób było kilka, były też strzały celne, więc nie tylko w naszych głowach była obrona. Takich nie oglądaliśmy chociażby w finale ostatnich Mistrzostw Świata ze strony Argentyny! Mecz przegrywamy 8:0, ale można to potraktować jako solidną dawkę treningową. Przede wszystkim był to trening biegowy, bo piłki przy nodze za dużo nie mieliśmy, a gdy już się pojawiała, natychmiastowy doskok i pressing rywali robiły swoje.

Szkoda, że chociaż w jednej sytuacji zabrakło lepszego wykończenia, by zdobyć honorową bramkę. Byłaby to piękna nagroda dla licznie zgromadzonej publiczności. Cóż – Puchar nie dla nas, więc czas skierować wszystkie siły i moce w stronę rozgrywek ligowych!


W końcu trzy punkty

Powiedzieć, że dzisiejszy mecz był dla nas bardzo ważny, to jak nic nie powiedzieć. Gra — poza ostatnim spotkaniem — wyglądała dobrze, sytuacje były, ale bramek nie ma i punktów również nie ma. Może trochę się powtarzam, ale czasem wystarczy zmienić jeden puzzel w układance, by w końcu wszystko zaczęło funkcjonować tak, jak powinno. Rywal również pragnął punktów jak kania dżdżu — to oczywiście ukłon w stronę grzybiarzy.

Pierwsza połowa należała do nas, szczególnie jeśli chodzi o sytuacje pod bramką przyjezdnych. Wynik powinien otworzyć J. Kłósek, a gdy jemu się nie udało, swoją szansę miał J. Posłuszny, który również nie wykorzystał okazji do przełamania wyniku. Swoje sytuacje mieli także M. Baran, H. Dziura oraz M. Bielak… ale zabrakło tego najważniejszego — strzału, najlepiej celnego i soczystego. Bez tego bramki po prostu bramki nie zdobędziesz. Goście grali prostą piłkę. Wstrzeliwali ją za naszą linię obrony, licząc na szybkie ataki, które jednak zazwyczaj kończyły się fiaskiem. Ale gdy tylko mieli piłkę pod nogą, bez większego zastanowienia oddawali strzały na naszą bramkę. I właśnie ta bezpośredniość była tą małą różnicą w dążeniu do gola. Do przerwy bezbramkowo.

Po zmianie stron początek był dość chaotyczny, ale z czasem przejęliśmy inicjatywę i raz po raz stwarzaliśmy zagrożenie pod bramką przeciwników. Brakowało jednak tego impulsu do ataku — czegoś, co poderwałoby zespół. I wtedy pojawił się Arkadiusz Stec. Swoim wejściem dał drużynie właśnie ten potrzebny impuls. Już w pierwszej akcji przeprowadził szybki atak i posłał groźną piłkę w pole karne gości. W drugiej swojej akcji został powstrzymany faulem przez bramkarza Floriana w polu karnym. Rzut karny! Do piłki podszedł nasz kapitan. Na Hubercie spoczywał w tym momencie wieeeelki ciężar i ogromna odpowiedzialność za wynik. Wytrzymał jednak presję, zachował zimną krew i dał nam prowadzenie, którego nie oddaliśmy już do końca meczu. W końcówce nie oglądaliśmy już wielu klarownych sytuacji, choć lepsze decyzje pod bramką z obu stron mogły jeszcze doprowadzić do zmiany wyniku. Na szczęście tym razem to my mogliśmy cieszyć się z końcowego gwizdka.

Historyczne zwycięstwo INTERU w klasie okręgowej stało się faktem! Niech ten mecz i przede wszystkim zdobyte trzy punkty zbudują nas przed kolejnymi ligowymi spotkaniami. Zacznijmy grać skuteczniej, nie zawsze pięknie — bo ładna gra bez punktów niewiele nam daje. Zapunktujmy w kolejnych meczach i pokażmy, że nieprzypadkowo znaleźliśmy się w tym miejscu.

Przed nami jednak przerywnik pucharowy. Po 51 latach do Gnojnicy znów przyjedzie Stal II Rzeszów. Wtedy, przed laty, rezerwy zdobywcy Pucharu z poprzedniej edycji przyciągnęły na mecz rzeszę kibiców. Wielu byłych działaczy z sentymentem czeka na to spotkanie. Czekamy i MY!


Dziś byliśmy tylko statystami… 

Po bardzo dobrym, powtarzam – bardzo dobrym meczu pucharowym z Lechią Sędziszów, do Brzostka jechaliśmy pełni nadziei, że w sobotni wieczór dopiszemy do swojego dorobku kolejne punkty. Nie były to jednak nadzieje bez pokrycia. W środowym pojedynku wyglądaliśmy naprawdę dobrze. Była wola walki, zaangażowanie, pomysł na grę, a do tego umiejętności, których naszym zawodnikom z pewnością nie brakuje. Wszystko to pozwoliło osiągnąć bardzo dobry rezultat. Dziś, poza wolą walki, bo tego naszym chłopakom nigdy nie możemy zarzucić, zabrakło niestety całej reszty.

Do Brzostka jechaliśmy osłabieni, ale takie mecze będą się zdarzać. Nie zawsze wszyscy zawodnicy będą dostępni. Warto jednak przypomnieć, że chłopaki, którzy wychodzą na boisko, nie podnoszą za to ani jednej złotówki. Za to, co robią dla drużyny, należą im się wielkie brawa – również wtedy, gdy zwyczajnie nie idzie. Od początku spotkania gospodarze przejęli inicjatywę i przez większą część pierwszej połowy dominowali. Co prawda pierwszy strzał na bramkę oddał nasz zespół, ale później to Brzostowianka dyktowała warunki gry. Długo utrzymywał się bezbramkowy remis. Niestety w 39. minucie gospodarze wyszli na prowadzenie. Był to w dużej mierze prezent z naszej strony. Nieudane wybicie z linii obrony trafiło pod nogi zawodników Brzostowianki na prawej stronie. Dwa podania wystarczyły, by gospodarze zdobyli bramkę i objęli prowadzenie 1:0. Głupia i zupełnie niepotrzebna bramka. Nie mieliśmy co prawda zbyt wielu argumentów, aby samemu otworzyć wynik spotkania, ale do tego momentu, przy odrobinie szczęścia, skutecznie się broniliśmy.

Po przerwie miało nastąpić nasze nowe otwarcie. I początek drugiej połowy dawał nadzieję, że rzeczywiście załapaliśmy, o co w tym sporcie chodzi. Zagraliśmy zdecydowanie bardziej agresywnie, poprawiliśmy posiadanie piłki i zaczęliśmy częściej pojawiać się bliżej bramki gospodarzy. Niestety… Strata w środku pola, błąd w obronie, a może po prostu zła decyzja – bo czasami trzeba, choć łatwo się mówi po fakcie, wybić piłkę na aut – i Brzostowianka zdobywa drugą bramkę. To trafienie mocno wpłynęło na nasz zespół, niestety w negatywny sposób. Dwie kolejne bramki tracimy w odstępie zaledwie minuty. I właśnie to jest obecnie jedną z naszych największych bolączek. Przed tygodniem również, zamiast złapać kontakt z rywalem, pozwoliliśmy mu odskoczyć. Gospodarze dołożyli jeszcze jedno trafienie i tym samym pokazali nam nasze miejsce w szeregu. Wynik mógł być dla nas jeszcze bardziej niekorzystny, ale bardzo dobrze między słupkami spisywał się Benek Stec, który uchronił nas przed stratą kolejnych bramek. Najlepszą okazję do zdobycia honorowego trafienia mieliśmy w 90. minucie. Po rzucie rożnym niecelnie główkował Patryk Charchut.

Nie ma co owijać w bawełnę – dziś byliśmy dla Brzostowianki jedynie statystami. Zagraliśmy bardzo słabo. Być może wpływ na naszą postawę miał również ogromny maraton meczowy (Wadowice – niedziela, Pustków – środa, Głowaczowa – niedziela, Lechia Sędziszów – środa i Brzostek – sobota). Zabrakło agresywnego ataku na piłkę, zabrakło celnych podań, zabrakło jakości, którą pokazaliśmy zaledwie kilka dni wcześniej. Ale taki jest futbol. Raz jesteś na górze, innym razem musisz przełknąć gorycz porażki. Niejeden by się poddał ale nie MY. Na kolejną szansę na przełamanie czekamy już za tydzień.

My, kibice, jesteśmy z WAMI!Razem wygrywamy i razem przegrywamy. Razem przeżywamy trudne momenty, ale nadal w WAS wierzymy i będziemy WAS wspierać. No nie, Wiesiek?


Derby dla nas. Czas na ligę

Po serii spotkań bez zwycięstwa przyszła pora na Puchar Polski. Los skojarzył nas z dobrze znaną nam sędziszowską Lechią. Derby zawsze mają swój ciężar, dlatego bez względu na to, w jakich składach oba zespoły pojawiły się na boisku, emocji nie mogło zabraknąć. Potwierdziła to również bardzo dobra frekwencja. I tych emocji rzeczywiście nie zabrakło.

INTER rozpoczął spotkanie znakomicie. Po 20 minutach prowadziliśmy już 3:0! Na listę strzelców wpisali się Jaromir Kłósek, Miłosz Bielak oraz Hubert Dziura, który pewnie wykorzystał rzut karny. A mogło być jeszcze lepiej. Była szansa na czwartego gola, ale w ostatniej chwili obrońca Lechii wybił Jarkowi Kłóskowi piłkę spod nóg. Po świetnym początku do głosu zaczęli dochodzić goście. Lechia odrobiła dwie bramki i przed przerwą zrobiło się naprawdę gorąco. Do szatni schodziliśmy przy wyniku 3:2.

Po zmianie stron inicjatywę przejęła Lechia. Goście doprowadzili do wyrównania po rzucie karnym wykorzystanym przez Pyrdka i coraz mocniej naciskali. Kiedy wydawało się, że kolejny cios jest tylko kwestią czasu, odpowiedział INTER!  Świetną akcją popisał się nasz zespół, a po jej zakończeniu po raz drugi tego dnia do siatki trafił Jaromir Kłósek. 4:3! Ostatnie minuty to już walka o każdy metr boiska. Lechia szukała wyrównania, które oznaczałoby konkurs rzutów karnych. Na szczęście między słupkami kapitalnie spisywał się Benek, a cała drużyna do ostatniego gwizdka walczyła o utrzymanie prowadzenia. Udało się!

INTER pokonuje Lechię Sędziszów 4:3 i melduje się w kolejnej rundzie Pucharu Polski! W końcówce spotkania swój debiut w pierwszym zespole zaliczył kolejny junior – Karol Jarząb. Gratulacje!

Gramy dalej! Być może los pozwoli nam w kolejnej rundzie na następne derby. Tym razem z przeciwnikiem z zachodu – Błękitnymi Ropczyce. Czy było idealnie? Nie. Czy są jeszcze rzeczy do poprawy? Oczywiście. Ale dziś były bramki, była walka, było zaangażowanie, którego nie brakuje od pierwszego gwizdka tego sezonu i – co najważniejsze – jest zwycięstwo.

I pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że Lechia nie zagrała pierwszym składem, że mogła potraktować ten mecz ulgowo albo że nie walczyła na sto procent. Niech będzie. Wynik jednak idzie w świat.

A wynik jest taki: INTER 4:3 LECHIA SĘDZISZÓW. To my gramy dalej! 


Za bardzo gościnni

Kolejny mecz na własnym boisku i kolejna szansa na pierwsze ligowe zwycięstwo na poziomie klasy okręgowej. Rywal, podobnie jak my, był beniaminkiem, z tą różnicą, że do tej pory w tym sezonie jeszcze nie przegrał. Przed meczem, tuż za Kolbuszowianką, z 10 punktami na koncie zajmował drugie miejsce w tabeli.

Mecz nie rozpoczął się dla nas tak, jak sobie wyobrażaliśmy. Dość szybko goście wyszli na prowadzenie. Skutecznie odpowiedzieliśmy bramką A. Steca po kapitalnie rozegranej akcji. Chwilę później goście ponownie objęli prowadzenie, a w 45. minucie, przy naszej biernej postawie po rzucie wolnym i główce kapitana Głowaczowej, podwyższyli przewagę.

Drugą połowę rozpoczęliśmy od zdecydowanych ataków. Mieliśmy sytuacje, by złapać kontakt i powinniśmy zdobyć bramkę, jednak nadal nie potrafimy przełamać naszej strzeleckiej niemocy. Zamiast wyniku 2:3 mieliśmy dwie szybkie akcje gości i zrobiło się 1:5. W tym momencie nadzieja na zdobycie punktów wyraźnie przygasła. Nasi zawodnicy nie zamierzali jednak rezygnować. Nadal atakowaliśmy, po drodze marnując kilka znakomitych sytuacji. W końcówce goście dołożyli kolejne trafienie, ustalając wynik spotkania na 1:6. W doliczonym czasie gry doszło do groźnego zdarzenia. Zawodnik gości tak niefortunnie interweniował, że wypadł poza boisko, zatrzymał się na ogrodzeniu, a następnie zsunął się i pod nim wpadł do rowu. Doznał kontuzji ręki i konieczna była pomoc karetki pogotowia. Życzymy zawodnikowi dużo zdrowia i szybkiego powrotu do gry!

Choć po raz kolejny ponosimy porażkę, która boli, trzeba przyznać, że byliśmy dziś zespołem słabszym. Wynik nie do końca odzwierciedla jednak przebiegu gry. Zasłużyliśmy na więcej strzelonych bramek. Patrząc na to, co działo się na boisku, goście do zdobycia swoich bramek potrzebowali, kolokwialnie mówiąc, „pół” sytuacji. My natomiast marnujemy je na potęgę.

Przed nami kolejne ligowe spotkanie w Brzostku, ale wcześniej — już w środę — czeka nas pucharowe starcie z Lechią Sędziszów. Musimy się pozbierać, „zalizać rany” i walczyć dalej. Nie mamy nic do stracenia. Brakuje naprawdę tyci, tyci… i będzie dobrze!


Nadzieja była. Zwycięstwa zabrakło…

Po gwizdku na przerwę była nadzieja… Jest pierwszy punkt więc przyszedł czas, by pokusić się o zwycięstwo. Rywal wydawał się być w naszym zasięgu. LKS Pustków, po nieudanym początku i wysokich porażkach, w ostatniej kolejce — podobnie jak my — zapunktował. Podobnie jak my chciał w końcu wygrać. I… wygrał.

Pierwsza połowa należała do nas. Gra się układała, było mnóstwo sytuacji pod bramką gospodarzy, a mimo to w 45. minucie przegrywaliśmy z LKS Pustków 2:0. Pierwsza bramka dla rywali była prezentem z naszej strony. Zresztą druga również. Brak zdecydowanego wybicia w polu karnym i Pustków wykorzystuje dobrą okazję, obejmując prowadzenie. Tak naprawdę wcześniej gospodarze mieli już dwie podobne sytuacje. Nasi zawodnicy w końcu się budzą i ruszają do ataków. Mamy naprawdę wiele okazji, by doprowadzić do remisu. Najlepszą z nich miał Miłosz Bielak, który przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem gospodarzy. Może trzeba było go mijać… Łatwo się mówi. Gdy wydawało się, że bramka dla nas wisi w powietrzu, zabrakło zdecydowania Tomasza Pichli. Ku naszemu zdziwieniu zamiast remisu musieliśmy odrabiać już dwie bramki, a do końca pierwszej połowy pozostawały ostatnie minuty. Marzyliśmy o bramce kontaktowej jeszcze przed przerwą i udało się ją zdobyć! Chwilę wcześniej, po drugiej żółtej kartce, boisko musiał opuścić zawodnik miejscowych. Czekała nas więc cała druga połowa gry w przewadze jednego zawodnika. Wracając do bramki — kapitalne dośrodkowanie Mateusza barana i świetny strzał głową Miłosza Jaska dały nam mnóstwo nadziei. Miłosz był dziś najlepszym zawodnikiem w naszej drużynie!

Ostatni gwizdek pierwszej połowy. Mimo że do odrobienia pozostawała już tylko jedna bramka, wśród naszych kibiców dało się wyczuć optymizm. Wierzyliśmy w odwrócenie losów spotkania. Po pierwszych 45 minutach mieliśmy do tego pełne prawo.

Drugą połowę… spierniczyliśmy koncertowo!

Z gry, która cieszyła oko w pierwszych 45 minutach, praktycznie nic nie pozostało. Rywal cofnął się do głębokiej defensywy, a my nie potrafiliśmy jej sforsować. Bicie głową w mur. Przypomina się starcie z LKS Jastrząbka, kiedy to my graliśmy w podwójnym osłabieniu, a pewny siebie rywal nie potrafił nas skarcić. Tym razem role się odwróciły. Tak naprawdę mieliśmy trzy, no może cztery klarowne sytuacje, by złapać kontakt z rywalem. Raz słupek, raz wybicie piłki z linii bramkowej, sytuacja sam na sam Damiana Machnicy i wreszcie niecelny strzał głową Miłosza Jaska.  Pozostałe sytuacje (a było ich wiele), to brak decyzji na strzał bądź sporo zamieszania w polu karnym i na jego obrzeżu, bez sensownego rozegrania. Po drugiej stronie wystarczył jeden wypad gospodarzy. Błąd w ustawieniu Damiana Machnicy, który zbyt łatwo dał się ograć, a następnie wstrzelenie piłki w nasze pole karne. Napastnik z Pustkowa machnął się, marnując stuprocentową sytuację. Drugi zawodnik zawahał się i nie oddał strzału, a niefortunnie wybijając piłkę, skierował ją… do własnej bramki Jakub Juchno. Ale akurat Jakuba za stratę tej bramki nie winiłbym. Była ona wypadkową wcześniejszych błędów całego zespołu. KATASTROFA!!!

Po meczu mamy prawo być źli. Nie można tutaj mówić o frycowym, uczeniu się ligi czy braku doświadczenia. To byłyby tylko próby oszukania samych siebie. Nie chcemy już słyszeć, że ładnie gramy, ale brakuje wykończenia. Chcemy zwycięstw!!!

Przed nami arcytrudny pojedynek z LKS Głowaczowa. Przed rokiem to właśnie my zatrzymaliśmy rozpędzoną i niepokonaną wówczas Głowaczową, a później rozpoczęliśmy marsz w górę tabeli. Historia lubi się powtarzać — mówią. Głowy do góry! Z przegranego meczu, a szczególnie z fatalnej drugiej połowy, wyciągajmy wnioski, nie spuszczamy głów i walczymy dalej! Dziś źli ale na niedzielę będziemy gotowi.

Dziękujemy kibicom za liczną obecność w Pustkowie. DO BOJU INTER!


Pierwszy punkt jest. Jest i niedosyt.

Po dwóch spotkaniach mieliśmy już dość płacenia frycowego. Cel na kolejny mecz był jasny – zdobyć pierwsze punkty w sezonie. Rywal, który przyjechał do Gnojnicy, również miał o co walczyć. Po zwycięstwie nad Victorią Czermin chciał dopisać do swojego konta kolejne punkty. W wyjściowym składzie INTERU aż trzy zmiany. Po meczu można powiedzieć jedno – obroniły się. Przed pierwszym gwizdkiem odbieramy puchar za awans od przedstawiciela Podokręgu Dębica- Dziękujemy !!!

Początek spotkania należał do nas. Mieliśmy dwie sytuacje podbramkowe, których jednak nie wykorzystaliśmy. Po chwili do głosu doszli goście, którzy powinni objąć prowadzenie. Nas przy życiu utrzymywał Tomasz Chmiel, który między słupkami spisywał się bardzo dobrze. Po drugiej stronie boiska kombinacyjną grą stwarzaliśmy kolejne sytuacje, jednak brakowało tego ostatniego podania albo finalizacji. Do przerwy bezbramkowo.

Drugą połowę rozpoczęliśmy najlepiej, jak tylko można było. Szybki atak prawą stroną, wstrzelenie piłki w pole karne i zimna krew Miłosza Bielaka, który zdobywając swoją debiutancką bramkę, wyprowadził INTER na prowadzenie!  Idziemy za ciosem i mamy kolejne okazje. Najlepszą z nich marnuje Jaromir Kłósek, który z kilku metrów przestrzeliwuje. Były sytuacje, w których nie potrafiliśmy zadać kolejnego ciosu. Brakowało miejsca do oddania strzału albo ułamek sekundy zawahania decydował o braku powodzenia. Goście, nie mając już nic do stracenia, rzucili się do ataku. Na niespełna 10 minut przed końcem spotkania doprowadzili do wyrównania. Poczuli krew i poszli za ciosem. Mieli swoje sytuacje, ale bez efektu bramkowego. My również mieliśmy swoje szanse. Dwa rzuty wolne, po których zabrakło finalnego strzału, a przy jednej z wrzutek szczęśliwie piłkę po główce Jakuba Posłusznego nad poprzeczką wybił bramkarz gości z Wadowic. Emocji nie brakowało aż do ostatniej akcji meczu. Rzut wolny dla przyjezdnych, po którym zakotłowało się w naszym polu karnym. Goście domagali się rzutu karnego, jednak sędzia zagwizdał po raz ostatni i spotkanie zakończyło się remisem.

Szanujemy ten pierwszy, historyczny punkt, ale niedosyt pozostaje. Z przebiegu gry byliśmy o te 10% lepsi i naszym zdaniem zasługiwaliśmy na zwycięstwo. Stracona bramka nam je zabrała. Z drugiej strony – gdybyśmy stracili gola w ostatnich minutach, niedosyt byłby jeszcze większy. Cieszmy się więc z pierwszego punktu, a zdobyte doświadczenie przekujmy w sukcesy w kolejnych spotkaniach.  Przed nami intensywny miesiąc. Przez najbliższe dwa tygodnie czekają nas mecze w systemie środa–niedziela. Będzie więc wiele okazji, by poprawić swoją sytuację w ligowej tabeli.

Pierwszy punkt zdobyty. Teraz czas na kolejne !!!


Źle, źle, źle niedobrze… Uczymy się ligi ale nie poddamy się

Po dobrym, choć przegranym spotkaniu inaugurującym sezon, do Podborza jechaliśmy pełni optymizmu. W pierwszej kolejce nie udało się zapunktować, więc liczyliśmy, że pierwsze punkty przywieziemy z wyjazdu. Rywal co prawda zdecydowanie pokonał w pierwszej kolejce drużynę z Czermina, ale – podobnie jak my – jest beniaminkiem. Właśnie tutaj upatrywaliśmy swoich szans.
Od pierwszych minut, na nierównym boisku, gospodarze mocno zaatakowali, a ich akcje koncentrowały się głównie pod naszą bramką. Już w pierwszej akcji było blisko gola. Miejscowi dobrze czuli się na własnym boisku i długo nie pozwalali nam rozwinąć skrzydeł.
Na szczęście udało nam się przetrwać ten trudny początek i sami ruszyliśmy do ataku. M. Bielak wpadł w pole karne, ale zabrakło dobrego wykończenia i z tej sytuacji nic nie wynikło.
Po dobrym początku gospodarzy to my zaczęliśmy osiągać lekką przewagę. Gra przeniosła się na połowę rywala i wydawało się, że powoli przejmujemy kontrolę nad spotkaniem. Niestety, jedna akcja wystarczyła, by licznie zgromadzona grupa naszych kibiców musiała pogodzić się z utratą bramki. Przegrywaliśmy 1:0.Próbowaliśmy szybko odpowiedzieć, jednak tego dnia niewiele nam wychodziło. Gdy ponownie zaczęliśmy uzyskiwać lekką przewagę, gospodarze zadali kolejny cios.Zamiast wyjść z piłką w przewadze, tracimy ją w środku pola. Dwa podania wystarczyły, by nasza defensywa została rozmontowana. 2:0. I niestety – to nie był koniec. Trzecia bramka dla rywali to już kompletne nieporozumienie w naszej obronie. T. Pichla zagrywa piłkę głową do naszego bramkarza tak niefortunnie, że napastnik gospodarzy przejmuje futbolówkę i podwyższa wynik na 3:0. Mimo wszystko nadal wierzyliśmy, że nie powiedzieliśmy jeszcze ostatniego słowa. Marzyliśmy o bramce na 3:1, która mogłaby dać nam impuls i jeszcze przed przerwą przywrócić wiarę w odwrócenie losów spotkania. I była ku temu znakomita okazja. Po świetnym rozegraniu sam na sam z bramkarzem gospodarzy znalazł się Miłosz Bielak. Powinno być 3:1! Niestety, bramkarz gospodarzy obronił strzał naszego zawodnika. „Ajajaj!” – krzyknęło zapewne wielu naszych kibiców. Do przerwy 3:0.
Po zmianie stron, nie mając już nic do stracenia, ruszyliśmy do ataku. Tym razem sam na sam z bramkarzem gospodarzy znalazł się Jaromir Kłosek. Znów jednak zabrakło skuteczności. Patrząc na dwie znakomite sytuacje naszych zawodników, można było spokojnie wyobrazić sobie wynik 3:2. Gospodarze również mieli swoje okazje i trzeba przyznać, że ich czwarta bramka prawdopodobnie całkowicie zamknęłaby to spotkanie. Kolejny impuls do odrabiania strat dał Miłosz Bielak. Jego atak nie zakończył się co prawda golem, ale przyniósł nam rzut rożny. Po jego wykonaniu Patryk Charchut znalazł drogę do bramki i mamy 3:1!Zaczęliśmy powoli wierzyć, że jeszcze można tutaj coś ugrać. Dobrą zmianę dał Martin Oswald, który wyraźnie rozruszał prawą stronę. Pojawiały się kolejne sytuacje, brakowało jednak najważniejszego – bramki kontaktowej. Gdyby udało się strzelić na 3:2, końcówka mogłaby być naprawdę gorąca. Ostatecznie jednak czasu zabrakło. Przegrywamy 3:1.
Ktoś tu wcześniej pisał, że będzie bolało. Oj, będzie. Ale wierzymy, że jak już przestanie boleć, to zaczniemy punktować. Dziś tak naprawdę nie pokazaliśmy nawet w części tego, na co nas stać. Zagraliśmy może 30% tego, co pokazaliśmy przed tygodniem. To był nasz najgorszy mecz tej jesieni. I mam ogromną nadzieję, że kiedy na koniec rundy jesiennej będziemy wracać do tego tekstu, to właśnie to zdanie nadal będzie aktualne. To był nasz najgorszy mecz tej jesieni.
Atut wygrał zasłużenie i tego gospodarzom gratulujemy. Dziś doznaliśmy jeszcze jednego na co zgodzić się nie możemy. To zachowanie gospodarzy w stosunku do naszej ławki rezerwowych, które  znacząco odbiegało od norm ogólnie obowiązujących i nie powinno mieć miejsca na piłkarskim boisku.
Przed nami kolejne spotkanie i kolejna szansa na zdobycie pierwszych punktów. Dziś dziękujemy zawodnikom za walkę, a naszym kibicom za wsparcie. Wierzymy, że kolejna niedziela będzie już należała do nas.
A na koniec… coś niesamowitego!
Przed meczem, chcąc mieć gotowe materiały pomeczowe, poprosiłem sztuczną inteligencję, aby przygotowany wcześniej plakat zapraszający na spotkanie z Atutem przerobiła na plakat podsumowujący mecz. Plakat został wygenerowany – oczywiście z wynikiem. Później poprosiłem, aby wynik usunąć. Wracając z meczu, przypomniałem sobie jednak, jaki wynik pojawił się na pierwszej wersji grafiki. 3:1. Dokładnie taki, jaki zobaczyliśmy na boisku.
Przypadek? Tego nie wiemy.  Wiemy natomiast jedno: Moja rada dla sztabu i zawodników:

Głowy do góry i jazda!


Chyba niedosyt a może pierwsze koty za płoty…co myślicie?

Historia stała się faktem. INTER rozegrał swój pierwszy mecz na poziomie Okręgówki. Przed pierwszym gwizdkiem były miłe chwile. Wręczano Puchary za awans. Pierwszy na ręce kapitana wręczył Burmistrz Ropczyc Pan Kazimierz Moskal. Asystował mu Dyrektor RCSiR Pan Marek Ormiański, który przekazał komplet piłek meczowych. Drugi puchar od Zarządu  naszego klubu wręczył Viceprezes Marcin Sroka, któremu asystował Tomasz Bieś

Po chwili zabrzmiał pierwszy gwizdek i by określić to co stało się w pierwszych pięciu minutach wystarczy jedno słowo… to które rozpoczyna relacje z dzisiejszego meczu. Zamieńmy tylko jedną literę „o” na „e” i już wszystko jasne… histeria.

Zapłacił w tych minutach frycowe Inter Oj zapłacił. Dość szybko tracimy dwie bramki po zaledwie dwóch akcjach i dwóch strzałach rywali z Dębicy. Wielu na stadionie po tych nieszczęsnych minutach obawiało się pogromu. Kompletnie nie żarło. Sygnał do odrabiania strat dał Jaromir Kłosek, który tak spresował defensywę przyjezdnych, że już w 7 minucie do odróbki została jedna bramka. INTER uwierzył w siebie. Chwilę później powinno być 2:2. Kapitalne wstrzelenie w pole karne, główka T. Pichli tylko czemu niecelna. Pech naszego zawodnika. Była siła, był timing jednak zabrakło tego najważniejszego. Do przerwy przegrywamy jedna bramką. Goście więcej w tym czasie posiadali piłę. Ich schematyczna gra była cierpliwa. Rozgrywali piłkę spokojnie utrzymując się przy niej a zarazem szukając prostopadłych podań w pole karne. W tym okresie gry nasi skutecznie neutralizowali te ataki ale to jednak wynik i upływający czas był po stronie przyjezdnych…

Druga połowa to już nasza dominacja. Próbujemy niemal wszystkiego. Napór jest widoczny. Mamy sytuacje bramkowe ale nie mamy wyrównania. Był słupek, były strzały ale świetnie dziś spisywał się bramkarz Igloopolu, Profesor w swym fachu, który grał jak ostatni stoper. Od 80 minuty gramy w przewadze po czerwonej kartce dla obrońcy z Dębicy. Do ostatnich chwil walczymy o punkty. Były okazje ale wynik z pierwszej części gry nie ulega zmianie. Przegrywamy ale z podniesiona głową.

Pierwszy mecz bez punktów, ale gra powinna się podobać. Wielu dziś mówiło że remis byłby sprawiedliwym wynikiem. Byłby gdyby wpadła bramka na 2:2. A na tablicy wyników, której na razie nie ma ale zawsze może być, tym bardziej że Dyrektorowi RCSiR bardzo spodobała się atmosfera na stadionie w Gnojnicy jednak pozostało 1:2. To rywal dziś pokazał boiskowe cwaniactwo i wyrachowanie i uważam że to był ten mały ale ważny języczek u wagi. Cóż z przewagi drugiej połowie (rezerwy Igloopolu miały jedną okazje w 88 minucie, kiedy to jednak Benedykt Stec  zatrzymując rywala będącego w 100% sytuacji przedłużył nadzieje na korzystny wynik). Przygotujmy się na kolejne mecze, które tak mogą właśnie wyglądać. Dziś momentami za bardzo chcieliśmy, jeszcze jedno podanie, jeszcze jedna poprawka przed strzałem a tutaj miejsca już nie ma.

Na koniec pytanie dla każdego. Czy zdaliśmy egzamin i czy Okręgówka to czasem nie za wysokie progi? Ja odpowiem za siebie tak… Pokazaliśmy się z dobrej strony. Frycowe zapłacone, Cierpieć będziemy i o punkty również będzie ciężko. Może przyjdzie nam na to poczekać ale dziś pokazaliśmy że jesteśmy gotowi. Fizycznie fajnie to wygląda i jak to powiedział obojętny nam dziś kibic…” wstydu nie było”… tego się trzymajmy. Parę niedociągnięć jest ale jak najbardziej wymagający nasz kibic Pan Edzio San Siro po meczu był zadowolony z postawy to musi do coś znaczyć… Pamiętajmy jedno MY NIE MY  NIE MY NIE MY NIGDY NIE PODDAMY SIĘ SAN SIRO GNOJNICA OLE

Dziękujemy kibicom za doping i liczną obecność